Czy można i czy warto poprawić jakość swojego życia? Czy można zmienić perspektywę? Priorytety? Czy zamiast wiecznego pośpiechu zacząć realizować swoje pasje? Marzenia? Cieszyć się po prostu życiem? Żyć spokojniej?
Sobotni poranek marca zapowiada się słonecznie. Patrzę na zegarek – mam jeszcze godzinę do aerobicu. Posprzątam szybko taras – decyduję.
Robiąc porządki na tarasie – uświadomiłam sobie, jaką radość mi to sprawia.
Mieszkam w domu prawie 20 lat a tak naprawdę nigdy nie lubiłam pracy w ogrodzie. Zawsze się śmiałam, że mam ogród dla zapracowanych – same świerki, kilka pnączy róż. To wszystko.
Przez swój pracoholizm nie spędzałam praktycznie czasu w ogrodzie. Nie czerpałam z tego w ogóle przyjemności. Myślę, że nie potrafiłam po prostu odpoczywać i nie miałam czasu.
Tak naprawdę praktycznie z tej pracy nie wychodziłam. Stres, frustracja, chroniczne zmęczenie. Dzisiaj – jak sobie o tym pomyślę – to sama się zastanawiam, jak ja w ogóle byłam w stanie funkcjonować. Ile miałam w sobie siły.
Niejednokrotnie organizm dawał sygnały: zwolnij. Odmawiał współpracy. A ja tylko wymagałam od siebie więcej i więcej.
Nigdy nie zapomnę, jak moja córka któregoś razu zrobiła dla mnie laurkę, w której życzyła mi świętego spokoju. Uśmiechnęłam się – bo kiedyś jak się mnie zapytała, o czym marzę, czego bym sobie życzyła – to odpowiedziałam – że właśnie tego.
Bardzo chciałam żyć inaczej. Wolniej. Smakować, celebrować życie i jego codzienność zamiast wiecznie gonić. Często mówiłam o sobie, że jestem „człowiekiem akcji”. Lubiłam, jak dużo się działo, jak niosła mnie adrenalina.
Dzisiaj wiem, że inaczej nie potrafiłam. Nie potrafiłam funkcjonować w ciszy. Nie robić nic i być sama ze sobą. Nie potrafiłam cieszyć się małymi rzeczami – wszystko musiało być WOW. Same fajerwerki wokół mnie.
Ale czy ja to tak naprawdę robiłam dla siebie – czy właśnie dla otoczenia – żeby pokazać – zobaczcie: udało mi się! Poprzeczka coraz wyżej – aby ten poziom utrzymać, podnieść. Bo ten zachwyt w oczach innych karmił moje ego. Podnosił samoocenę.
Kiedyś goniłam za stanowiskami, dyplomami, certyfikatami. Lubiłam się tym chwalić.
A dzisiaj?
Niedawno będąc na spacerze z psem – rozmawiałam chwilę z jednym znajomym. W pewnym momencie zapytał się, czym się ja tak naprawdę zajmuję – odpowiedziałam: przede wszystkim dobrze sobie żyję.
Bo to prawda. Moje życie jest zupełnie inne niż to, które wcześniej prowadziłam i mam takie poczucie, że jest jego przeciwieństwem.
Miałam dużo podróżować i łączyć pracę z wyjazdami – trochę tak jest nie powiem. Ale nie siedzę na walizkach. Nie robię szybkiego prania, aby wyruszyć w kolejną podróż.
Stałam się domatorką ceniącą sobie domowe zacisze. Nie mam potrzeby bycia wszędzie jak kiedyś.
Cenię sobie moje leniwe poranki. I to, że bez pośpiechu odwożę dziecko na pociąg do szkoły. Chwile z książką. Siłownię. Rozpoczynanie pracy bliżej południa. I to, że mam przestrzeń na posprzątanie domu, przygotowanie obiadu. Na film, na leniuchowanie. Wreszcie na życie.
Smakuję je i celebruję. Mam wrażenie, że od nowa je poznaję. Zadziwiają mnie rzeczy, na które kiedyś nie zwracałam uwagi. A kiedy coś oglądam czy czytam to mam wrażenie, że wchodzę głębiej. Doświadczam. Poddaję refleksji. Nie traktuję powierzchownie.
Kiedy odpuściłam „wynik” a otworzyłam się na to, co życie chce mi ofiarować dzieją się cuda. Życie prowadzi mnie do punktu, do którego powinnam dojść. Nie wiem co los przyniesie. Jest to jednak zupełnie inna droga niż ja sobie założyłam.
Bo miało być inaczej. Nikt nie powiedział, że tak będzie – to ja po prostu nie założyłam, że mogę żyć właśnie w taki sposób i że to jest to, czego tak naprawdę potrzebowałam.
Wracając z córką z Parku Trampolin – zapytała się mnie: czy poprowadzić Cię mamo? Zrobiło mi się ciepło na sercu.
I myślę sobie, że pierwszy raz w życiu daję się prowadzić: nie tylko mojej córce, ale życiu. I jest mi z tym dobrze, że już nie mam potrzeby bycia wszędzie i startować w „konkursach”. wskakiwać oknem, jak drzwi się zamykają. Kiedyś bym nie odpuszczała – dzisiaj coraz częściej.
Mój święty spokój jest bezcenny. A tylko ja wiem, ile mnie „kosztowało” osiągnięcie tego stanu.
Fot.: Pixabay
