Napisałam tekst i pomyślałam – zrobię mały eksperyment: poproszę ChatGPT o recenzję.

Otrzymane uwagi były interesujące, które postanowiłam uwzględnić. Po naniesieniu poprawek dałam tekst ponownie do recenzji.

Dostałam kolejne wskazówki — tym razem dotyczące poprawienia poprzednich uwag.

Wprowadziłam proponowane zmiany i wysłałam tekst do oceny.

I tak kilka razy— poprawki do poprawek, sugestie do sugestii.

Ta zabawa mogłaby trwać w nieskończoność

Pytanie, czy te poprawki były naprawdę niezbędne.

Przeczytałam ponownie tekst po poprawkach do poprawek wersja 7
i stwierdziłam, że pierwotna wersja była najlepsza.

Pytanie, ile tych wersji należy przygotować zanim się zdecydujemy
na wersję ostateczną. A czy tekst musi być idealny? Wygładzony? „Dopieszczony”?

Tekst, który miał poprawki do poprawek a i tak ostatecznie nie ma żadnych poprawek to, który właśnie czytacie.

Powstał on tak – po prostu, aby coś napisać. Ale żeby ostatecznie był jakiś przekaz, morał, refleksja.

Tutaj przypomina mi się piosenka „Teksański” zespołu Hey. Katarzyna Nosowska wspominała, że „Teksański” powstał w sytuacji, gdy brakowało czasu i teksty wychodziły „na szybko”.

Pytanie, jakie mi się nasuwa:

  • czy czasem nie lepiej zostawić coś takim, jakie jest — bo takie właśnie miało być?
  • co to znaczy wersja idealna?

Oczywistością staje się, że rzadko jesteśmy zadowoleni z efektu końcowego.

W pisaniu – jak w życiu – to nie wersja idealna, tylko ta autentyczna zostaje z nami na dłużej.

Przewijanie do góry