„To jak jazda na rowerze…”
„To teraz zmieniamy kierunek jazdy.”
„Mamo, nie znikaj mi z oczu, kiedy jadę.”
„Zapomniałam, jak bardzo to lubiłam.”
„Kiedy poczułam się na tyle pewnie, że zaczęłam swobodnie jechać, to bardzo boleśnie upadłam. Miałam problemy, aby się podnieść i pomagała mi córka.”
To niesamowite, ile nowych inspiracji może przyjść do głowy, kiedy jeździsz z córką na wrotkach i świetnie się bawisz.
Na wrotkach nie jeździłam dobrych 20 lat. Ale ostatnimi czasy ciągnie mnie do tego, co kiedyś lubiłam a zapomniałam, że lubię.
Albo przez 20 lat „nie miałam czasu” i stwierdziłam, że czas najwyższy do tego wrócić.
Niedzielne przedpołudnie. Jesteśmy we wrotkarni z córką. Początki trudne, ale nie poddaję się. Córka mnie instruuje, motywuje. Widzę, że sama się świetnie bawi.
Kilka razy przewróciłam się – tak – następnym razem koniecznie założę ochraniacze – bo lewy nadgarstek boli mnie jeszcze jak piszę ten post.
Wiem jedno, to nie był słomiany zapał. Kupię sobie wrotki. Córce nowe rolki i będziemy „śmigać” alejkami. Już się cieszę.
Ale nawet kiedy dobrze się bawiłyśmy – to była dobra okazja do obserwacji.
Rodzinny czas – bo przecież w takim miejscu są rodzice z dziećmi. Aby się razem pobawić, pośmiać, pojeździć.
I w większości przypadków tak było. Dało się jednak zauważyć samotnie jeżdżące małe dziewczynki (miały kaski i ochraniacze), ale to nie o to chodzi. Na pewno się dobrze bawiły, ale tak smutno się na nie patrzyło.
Kilku rodziców na trybunach – mimo wszystko cały czas wpatrzone w swoje dzieci z tym uśmiechem i błyskiem w oku.
Niektórzy tak zajęci sobą, czasem wpatrzeni w telefon, że nawet jak dziecko siadało obok to nie przerywali…
Jakie to smutne było.
Pomyślałam sobie – ja sobie wybaczyłam, że nie zawsze było mnie tyle ile potrzeba, abym była.
Czasu nie cofnę. Jedno wiem, dzisiaj jestem tu i teraz. A kiedy spędzam czas z córką to tylko z Nią.
Cieszę się z tego dzisiejszego wypadu do wrotkarni.
