Wiesz, co jest najgorsze w tym wszystkim?

Co masz na myśli?

Tak bardzo chciałam być zauważona, doceniona, ważna dla innych, że robiłam
to wszystko kosztem samej siebie. Mnie w tym nie było. Tak naprawdę na każdym polu rezygnowałam z siebie. Niezastąpiona – to chyba było moje drugie imię. Głupia po prostu!

Myślałam, że jak wezmę na swoje barki odpowiedzialność za wszystkich i wszystko,
jak będę sprawcza, wesprę, nakreślę kierunek działań i jak zobaczą, że mogą zawsze na mnie liczyć to mnie docenią. Będą szanować i będę dla nich ważna.

Boli to tym bardziej, że tak było w pracy i w życiu prywatnym.

W pracy:

  • kolejny projekt? –z przyklejonym uśmiechem na ustach mówiłam – jasne, nie ma problemu – a w duchu: jak ja sobie dam z tym radę?
  • niespodziewane spotkanie z ważnym z klientem w czasie mojego urlopu – byłam, specjalnie się włączyłam kosztem własnego odpoczynku.
  • pilne terminy oddania projektów a dzieci znowu chore – nikt tego za mnie nie zrobi. Dylemat: jak to będzie wyglądało i co oni sobie o mnie pomyślą jak właśnie teraz pójdę na zwolnienie. Finał: pracuję w domu z chorymi dziećmi, no bo przecież trzeba oddać projekt. Jestem przecież taka odpowiedzialna. Nie mogę zawieźć!
  • pracownik zespołu rozchorował się a jest do oddania raport na wczoraj – przecież nie dam tego innej osobie i tak już ma swoje zadania. Poza tym, jak to będzie wyglądać – menedżer w trudnej sytuacji nie pomaga tylko przerzuca na zespół? Nie mogę na to pozwolić – biorę na siebie.

W domu:

  • codzienne problemy, nieoczekiwane wydatki. Jestem w tym sama. Muszę coś zaradzić.
  • że proza życia ogranicza się jedynie do tematów: dom, dzieci, kredyt, zakupy.
  • czuję, że jestem coraz bardziej samotna w związku. Że tracimy siebie z oczu
    i zaczynamy żyć koło siebie.

Tych przykładów można by przytoczyć jeszcze wiele. Jeden podobny do drugiego. A ja już nie mam siły. Organizm się buntuje. Jestem tak osłabiona, że z jednego przeziębienia wchodzę w kolejne. Prawie nie jem cały dzień. Piję za to kawę za kawą. Wieczorem za to rzucam się na jedzenie. Późno w nocy kończę kolejny projekt. Wiem, że powinnam zwolnić i odpocząć. Tak, tak – tak zrobię, tylko jeszcze dokończę jeden projekt – powtarzam sobie to ciągle. I tak projekt za projektem.

Nie chcę spełniać oczekiwań innych.

Wokół wszyscy myśleli, że zawsze coś poradzę, dam radę. Poszerzali moje granice, bo im na to pozwalałam. Bo ja po prostu tych granic nie stawiałam.

Potrzeba uwagi, docenienia, bycia potrzebną, niezastąpioną był zbyt silny. Brak poczucia własnej wartości potwierdzałam w oczach innych – to tak spalało.

Ta maska silnej, zaradnej życiowo Matki Polki ciążyła. Na zewnątrz sprawiałam takie wrażenie nie mogłam swobodnie oddychać. Jakby ktoś docisnął maksymalnie sznurki gorsetu. A tak naprawdę to ja sama stawiając sobie wygórowane wymagania, krytykując za potknięcia je sobie dociskałam. Ja zawsze musiałam być w gotowości, zrobić, dopilnować, zaradzić.

Zatraciłam się w tym.

A teraz wszyscy nie rozumieją, że nie mam już siły i mam swoje ograniczenia, potrzeby. I też potrzebuję wsparcia.

Gdy krzyczę w obronie siebie, to nagle jest zdziwienie. Przecież do tej pory mogłaś. Dawałaś radę. Tym razem też tak będzie.

Nie rozumieją, bo do tej pory nie musieli się nawet zastanawiać, jak ja daję radę. Nie musieli się nad tym zastanawiać. Byłam. Załatwiłam. Kręciło się.

A teraz jak walczę o szacunek do samej siebie, innych do mnie, stawianie granic, to spotykam się z ich strony z brakiem akceptacji. Na plan pierwszy cały czas próbują wysunąć swoje potrzeby i nie biorą pod uwagę, że miałoby być inaczej. Nie zadadzą nawet pytania: czy potrzebuję pomocy. Czy dam radę. Po co? Do tej pory nie musieli.

To wszystko tak boli i przygnębia.

No i widzisz – cały czas płaczę. Nie mogę powstrzymać łez, które dławią.

Płacz, wypłacz to wszystko. Wykrzycz. Pozwól sobie na te emocje.

Jestem już tym wszystkim tak bardzo zmęczona. Po prostu nie chcę tak żyć i spełniać oczekiwań wszystkich dookoła. Być jak ten pies stojący na tylnych łapach merdający ogonem – zauważ mnie, doceń. To takie poniżające! A jak tak właśnie robiłam myśląc, że tym sposobem mnie zaakceptują, docenią, będę ważna.

Ta historia może mieć szczęśliwe zakończenie.

To jest historia niejednej kobiety, która wzięła na siebie zbyt dużo. Bo inaczej nie potrafiła, nie miała odwagi, siły wewnętrznej, aby powiedzieć STOP. Przyznać wprost: nie dam rady, tego jest za dużo, potrzebuję wsparcia.

To historia o przywdzianej masce siłaczki, ratowniczki, Zosi Samosi, Matki Polki. Tych określeń można byłoby mnożyć. To trudne doświadczenia, obciążające fizycznie i psychicznie.

Ta historia w takim kształcie nie musi się tak źle kończyć. Można do niej szczęśliwe zakończenie. Ważna jest gotowość do zmiany i budowania wewnętrznego poczucia własnej wartości, stawiania granic, zawalczenia o siebie.

Być może Ty również odnajdujesz się w tej historii. Też czujesz, że przygniata Cię narzucona przez lata rola, maska. Czujesz, że nie możesz i nie chcesz tak dalej. Chcesz zawalczyć o siebie zamiast spełniać oczekiwania innych?

Każda z nas niesie inny bagaż doświadczeń, deficytów z dzieciństwa. Nie każda otrzymała w domu rodzinnym solidne fundamenty na dorosłe życie. Nie czuła się ważna, zauważana, akceptowana.

Tak bardzo boimy się odrzucenia, braku akceptacji. Odczuwamy lęk przed oceną, krytyką, dlatego zakładamy kolejne maski, odgrywamy różne role. A to wszystko obciąża, zabiera energię. Zatracamy siebie i coraz bardziej oddala. Odkładamy na bok nasze potrzeby, marzenia, nasze Ja, aby spełnić oczekiwania innych.

W tej historii ja również odnajduję siebie sprzed lat. Dorosłe życie rozpoczęłam bez poczucia własnej wartości, nie potrafiłam stawiać granic. Bałam się odrzucenia, a tak bardzo pragnęłam akceptacji. Chcąc być lubianą, miałam problemy z odmową. Bałam się, aby nie narazić się na krytykę ze strony innych. Zamiast zawalczyć o siebie i swoje potrzeby, spełniałam oczekiwania innych w życiu prywatnym i zawodowym.

Moja historia ma szczęśliwe zakończenie.

Ale najpierw musiałam dojść do ściany, przyznać przed sobą, że naprawdę już nie daję rady, nie mam siły dbać dalej o ten wizerunek niezastąpionej, niezawodnej, niezniszczalnej, gotowej ratować cały świat.

W tej niemocy, bezsilności, zadałam sobie pytanie: czy właśnie tak chcę dalej żyć? Czy nadal chcę spełniać oczekiwania innych kosztem siebie? Czy akceptacja mojej osoby ma mieć aż taką cenę?

W prowadzonych przeze mnie sesjach towarzyszę kobietom w odnalezieniu siebie. Wspieram w pracy nad blokującymi, obciążającymi przekonaniami, potrzebą stawiania granic. Budowania wewnętrznego poczucia własnej wartości. Pozbycia lęku przed opinią, krytyką ze strony innych. Pozwoleniu na życie w zgodzie ze sobą.

Jest to długotrwały proces. Ta zmiana nie nastąpi z dnia na dzień. To będzie podróż z powrotem do siebie. Do domu, Twojego wewnętrznego JA.

Mogę Cię zapewnić, iż sama tego doświadczyłam i przez to wszystko przeszłam – czego nie chciałam zobaczyć, albo udawałam, że nie chcę. Przepracowałam to.

Ze strachu, który powodował, iż odwlekałam zbyt długo różne decyzję, aby zmierzyć się
z tymi wszystkimi strachami w szafie. Bolało jak cholera. Pierwszy raz od długiego czasu dałam dojść do głosu swoim potrzebom, słuchałam emocji.

Przestałam mieć potrzebę przeglądania się w oczach innych i z asertywnością. Zaczęłam otwarcie komunikować swoje potrzeby i oczekiwać, aby zostały uszanowane.

Dzisiaj nie mam potrzeby, aby moje działania podobały się wszystkim, nie czekam na uznanie. Miłe jest oczywiście to, kiedy działania które podejmuję byłyby odbierane pozytywnie. Ale nie mam już złudzeń – nie każdy mi przyklaśnie, powie, ze dobrą robotę zrobiłam. Spotykam się z krytyką, wystawiam się na ocenę. Nie mam z tym problemu. Robię swoje – bo wewnętrznie czuję przekonanie, ze podążam w dobrym kierunku.

Nie mam potrzeby być przez wszystkich lubiana. Ważne jest natomiast dla mnie to, abym była szanowana. A jestem szanowana przez innych, bo wreszcie ja szanuję samą siebie.

We wszystkich działaniach zaczynasz zawsze od siebie. Kiedy Ty zmieniasz wewnętrzny kurs inni go odbierają i na niego odpowiadają.

Przewijanie do góry