Odcinek 2: Pierwsze koty za płoty…
„Zacznij tam, gdzie jesteś. Użyj tego, co masz. Zrób to. co możesz.” – Artur Ashe
Nauka języka angielskiego długo była moją piętą achillesową. Tyle lat się go uczyłam. Byłam naprawdę dobra w gramatyce. Świetnie wszystko rozumiałam ze słuchu, ale…
…no właśnie – bałam się odważyć mówić. I to panicznie.
Bardzo chciałam używać języka biznesowego. Wyjść z translatora, a zacząć samej pisać.
Nie stać mnie było zarówno na konwersacje z Native Speakerami jaki i kursy biznesowe.
Co tutaj zrobić – myślałam?
Postanowiłam połączyć przyjemne z pożytecznym.
- uwielbiam prasować podczas którego zawsze oglądam jakiś film. Postanowiłam oglądać je w oryginale.
- lubię ćwiczyć na orbitreku i wtedy zawsze też coś oglądam, czegoś słucham. Zaczęłam słuchać wystąpień motywacyjnych, różnego rodzaju wykładów również w oryginale.
Tym samym nie przeznaczałam dodatkowego czasu na naukę. Miałam z tego ogromny fun.
Co dalej?
Cenię sobie kursy organizowane przez Uniwersytet Otwarty Uniwersytetu Warszawskiego. Cechuje je wysoki poziom merytoryczny a przy tym były dostępne dla mojej kieszeni. 😊
Uczęszczałam na nie hobbystycznie, ale teraz przyszedł czas, aby inaczej podejść do tematu.
Przejrzałam ofertę. Chodziłam w weekendy na zajęcia z Business English i z zajęć typowo dla działów HR – pracowałam wtedy na stanowisku Specjalisty ds. kadr i płac.
Przygotowując komunikację dla klientów na bieżąco wplatałam zwroty, słownictwo, których się uczyłam.
Starałam się jak najmniej korzystać z translatora. A jeżeli skorzystałam to zastanawiałam się, jak mogę to inaczej napisać.
Ale cały czas miałam blokadę podczas mówienia. Miałam też mało spotkań z klientami biznesowymi.
Czy to jest jakaś przeszkoda? – myślałam. Przecież składając aplikację na dane stanowisko w firmie nie zawsze jest tak, że w 100% spełniasz wymagane kwalifikacje.
Czy to, że praktycznie nie mówię w danym języku, to powód abym się poddała?
Nie.
Doskonaliłam posiadane umiejętności a nad poziomem języka dalej pracowałam.
Jak się później okazało, ta moja strategia była strzałem w dziesiątkę. Ale o tym w dalszej części cyklu „Chciałabym być liderką. Chcę być liderką. Tak – będę liderką! Jestem liderką!”
Przypominają mi się moje początki już jako menedżerki i spotkania z klientami anglojęzycznymi.
Tak, tak – objęłam stanowisko mając – krótko mówiąc – mało komunikatywny poziom języka angielskiego.
Stresowałam się przed każdym spotkaniem. Poziom kortyzolu był tak wysoki, że wręcz nie znosiłam tych spotkań. Ale nie miałam wyjścia. 😪
I wtedy zaświtała mi myśl 💡 – podejdę do tych spotkań jak do nauki języka!
Będę mówić na takim poziomie, na jakim jestem. Jak nie będę wiedziała, jakiego słówka użyć, poproszę o chwilę i sprawdzę w słowniku w Internecie, nadrobię uśmiechem. 😁
Chyba mnie tam nie zjedzą?? W sumie to nie miałam innej opcji…
Nie zjedli! 😋 – śmiali się razem ze mną, pomagali! To mnie ośmieliło – w pewnym momencie przestałam zwracać uwagę na to, czy robię błędy czy nie – najważniejsze, że mnie rozumieli. 💪
A ja się śmiałam, że mam lekcje języka angielskiego i jeszcze mi firma za to płaci! 😁
Dzisiaj z marszu idę na spotkania z klientami anglojęzycznymi, nie czuję presji. 💪
A Ty – chciałabyś być liderką, ale nie wiesz, od czego zacząć?
Jeśli potrzebujesz wsparcia, wskazówek, planu – zapraszam Cię do mentoringu, który stworzyłam właśnie z myślą o kobietach takich jak Ty.
Pomogę opracować Twoją ścieżkę. Wesprę w działaniach przybliżających do celu, gdzie punktem kulminacyjnym będzie awans na wymarzone stanowisko liderskie.
Ty też możesz być liderką!
